Wolność, demokracja i wybory

Mateusz Wichary

Demokracja i wolność niekoniecznie idą ze sobą w parze.

Demokracja to nic więcej jak sposób wyłonienia władzy poprzez wybory obywateli mających do tego prawo. Teoretycznie to władza ludu. W praktyce – wybór ludu. Różnica jest zasadnicza. Przypomnę, że w czasach komunizmu również mieliśmy demokrację. Również odbywały się wybory. Na Białorusi również istnieje demokracja. Również odbywają się tam wybory. Czemu nikt ich nie traktuje poważnie? Bowiem wybór jest zawężony do kandydatów z jednej partii.

Owo zawężenie wyboru do jedynie słusznych, odpowiednich kandydatów, przeczy wartości demokracji. Władza oznacza wolność wyboru. Tam, gdzie owej wolności nie ma, nie ma i władzy. Tam, gdzie lud wybiera jedynie słusznych kandydatów, lud nie ma władzy. Lud uczestniczy jedynie w igrzyskach, które mają wartość terapeutyczną. Głosuję, a więc mam władzę. Nie masz. Nie masz bowiem wyjścia, tak czy inaczej zagłosujesz na naszych ludzi.

Czy w Polsce mamy więc do czynienia z zawężeniem wyboru? Mamy. Na kilka sposobów.

Ordynacja

Pierwszy to przyjęta ordynacja wyborcza. System uwalniający „pełną siłę” głosu to jednomandatowe okręgi wyborcze, w którym osoba(y) mające najwięcej głosów zostają wybrane. Wtedy faktycznie owych kilkadziesiąt tysięcy osób tworzących dany okręg wyborczy staje się podmiotem polityki. Głos każdego z nich ma wymierną wartość (tzw. zasada bezpośredniości wyborów).

Przeciwnicy jednomandatowych okręgów wyborczych często dowodzą, iż stwarza to „problem”, bowiem wygrywają przez to różne małe partie, czy nawet kandydaci niezależni, co sprawia, że scena polityczna staje się bardzo różnorodna. Cóż, na owym „problemie” polega właśnie wartość demokracji. Władza wybiera. Władzą jest lud. I tyle. Zauważmy więc, że nie jest to problem wyborcy. Więcej: nie jest to również problem owych wybranych przedstawicieli. Oni się przecież jakoś dogadają. To problem wyłącznie wielkich partii, które chcą zachować status quo swej uprzywilejowanej pozycji.

Z czym mamy do czynienia w Polsce (mówię o wyborach parlamentarnych)? Z skomplikowaną ordynacją tzw. proporcjonalną (w odróżnieniu od większościowej). Została wymyślona przez belgijskich socjalistów, co samo w sobie powinno zastanowić – wszak żadni socjaliści nie byli przecież ochoczymi demokratami. W Wikipedii czytamy dalej: to „system z listami wyborczymi stosowany w większości krajów europejskich. W celu rozdzielenia mandatów stosuje się różnego rodzaju przeliczenia liczby głosów biorąc pod uwagę przede wszystkim przynależność partyjną kandydatów.” Czyli, mówiąc wprost, oddziela się głos od osoby, wprowadzając skomplikowane „różnego rodzaju sposoby przeliczenia” głosów na miejsca.

Zaraz je przedstawię. Na razie zwróćmy uwagę, że JAKIKOLWIEK sposób przeliczenia „głosu na miejsce” w którym mój głos oddany na pana Y z partii X, staje się faktycznie głosem na panią W z partii Z jest zaprzeczeniem demokracji. Bowiem, demokracja to władza ludu, wyrażona w mojej wolności wyboru. A moja wolność wyboru wyraziła się w głosie na pana Y z partii X. Skoro mój głos ostatecznie pomógł pani W z partii Z to to NIE JEST demokracja. To jakaś bliżej nie sprecyzowana forma władzy, która niesłusznie owym terminem się posługuje. Forma arbitralnego, nie mającego nic wspólnego z wolą wyborcy manipulowania jego głosem, która znaczeniu owego głosu zaprzecza.

Oto próbka owych manipulacji:

„Metoda d’Hondta – metoda stosowana do podziału mandatów w systemach wyborczych opartych na proporcjonalnej reprezentacji z listami partyjnymi. Jej nazwa pochodzi od nazwiska belgijskiego matematyka Victora d’Hondta. Faworyzuje ona duże ugrupowania w większym stopniu niż druga spośród najpopularniejszych metod przeliczania głosów – metoda Sainte-Laguë. Metodę d’Hondta stosuje się przy podziale mandatów m.in. w wyborach parlamentarnych w Austrii, Finlandii, Izraelu (nosi tam nazwę metody Bader-Ofera), Holandii i Hiszpanii. W Polsce stosowano ją m.in. w parlamentarnych ordynacjach wyborczych II Rzeczypospolitej (do 1935 r.), a także w III Rzeczypospolitej (z wyłączeniem wyborów w 1991 r. oraz wyborów w 2001 r.) przy podziale mandatów do Sejmu oraz w wyborach samorządowych (do rad gmin liczących powyżej 20 tys. mieszkańców, rad powiatów oraz sejmików województw).
Metoda polega na znalezieniu największych, kolejno po sobie następujących ilorazów liczby uzyskanych głosów. Podziału dokonuje się dzieląc liczbę głosów przypadających każdemu komitetowi przez kolejne liczby naturalne, a następnie z tak obliczonych ilorazów dla wszystkich komitetów, wybieranych jest tyle, ile jest mandatów do obsadzenia.
W przypadku gdy kilka komitetów uzyskało takie same ilorazy stosuje się różne metody dodatkowego szeregowania. W Polsce wybrano następujący sposób – jeżeli kilka list uzyskało ilorazy równe ostatniej liczbie z liczb uszeregowanych w podany sposób, a list tych jest więcej niż mandatów do rozdzielenia, pierwszeństwo mają listy w kolejności ogólnej liczby oddanych na nie głosów. Gdyby na dwie lub więcej list oddano równą liczbę głosów, o pierwszeństwie rozstrzyga liczba obwodów głosowania, w których na daną listę oddano większą liczbę głosów.” (Wikipedia)
Proste, prawda? Prof. Jerzy Stępień komentuje:

„Jak więc Polacy mają ufać wybranym posłom, radnym (…) skoro nie rozumieją zasady działania tego instrumentu. Z moich doświadczeń Generalnego Komisarza Wyborczego w latach 1990-94 wynika, że tajniki ordynacji proporcjonalnej znał wówczas niewielki (w najlepszym razie 5%) odsetek wyborców (…) To co dzieje się w biurach komisji wyborczych jest dla zwykłego wyborcy czarną magią. A nad głosami oddanymi w wyborach proporcjonalnych odbywają się czary przedziwne, szczególnie wtedy, kiedy stosuje się progi wyborcze (…) Z tego punktu widzenia wybory z okręgami jednomandatowymi są absolutnie transparentne, zaś proporcjonalne — kompletnie nietransparentne.” (Wikipedia)

Oraz – na konkretnym przykładzie pokazuje jej „błogosławione działanie”:

„Jeśli np. wyborca głosował na partię, która nie przekroczyła progu, a takie w 1993 r. zgromadziły 35%, to jego głos zasilił de facto stan posiadania partii, które zdobyły owe 5%, a na które przecież nie głosował (…) Nic więc dziwnego, że np. partie koalicji wygrywającej, które w tamtych wyborach zdobyły około 35% głosów miały w latach 93-97 aż 67% miejsc w parlamencie. Stąd należy uznać za prawdziwą tezę, że elekcja z 1993 r. była w istocie dysproporcjonalna.” (Wikipedia)

Czyli: 35% głosów rozdysponowano w imię „proporcjonalności” na partie, które ich nie dostały. Dostały proporcjonalnie znacznie mniej głosów. Czy to jest demokratyczne? Nie. Czymkolwiek to jest, nazywanie tego demokracją jest oszustwem.

Podsumowując: nie mogę w Polsce zagłosować na człowieka niezrzeszonego. Czy to demokracja? Nie. To partiokracja – zawężenie wyboru do osób związanych z dużymi partiami. To zmuszanie wyborcy do głosowania tylko na osoby z owymi kręgami władzy związane. Praktyczne wykluczenie z władzy kogoś, kto poprzez zdobycie mandatu w jednomandatowym okręgu wyborczym mógłby wejść w politykę i – wraz z innymi, jemu podobnymi – faktycznie zmienić skład i struktury władzy.

Dopłaty

Drugi czynnik zawężający wybór w Polsce to dostęp do funduszy. Nie wiem, czy Czytelnik wie, ale dopłacamy z funduszy państwa największym partiom do prowadzenia ich kampanii:

„Zarówno partie polityczne, które mają swoje komitety biorące udział w wyborach, jak również partie wchodzące w koalicje wyborcze oraz komitety wyborcze wyborców mają możliwość uzyskania specjalnych dotacji budżetowych, zwanych dotacjami podmiotowymi. Warunkiem otrzymania takiego wsparcia finansowego jest uzyskanie mandatu przez kandydata bądź kandydatów wystawionych przez dany komitet wyborczy. Oczywiście im więcej mandatów tym lepiej” (Wikipedia).

I tak w  2001 roku PiS i SLD dostały pełny zwrot wydatków poniesionych na kampanię (odpowiednio: prawie 5 mln zł, prawie 29 mln zł). PO, które weszło jako komitet wyborczy, wydało milionów 16, a zwrócono im ponad 7 (http://www.pkw.gov.pl/pkw2/index.jsp?place=Menu02&news_cat_id=20388&layout=1).

Cóż. Czemu to ma służyć? Demokracji? Wolności w dostępie do władzy? Ha ha. Jeśli jedna partia może liczyć na zwrot grubych milionów wydanych na kampanię, a druga te pieniądze musi wygenerować sama, to oczywiste jest że jedna ma łatwiejszy dostęp do władzy, a druga trudniejszy.
Zastanówmy się jeszcze chwilę nad samym faktem dotowania partii z pieniędzy zebranych z podatków. Czy to jest demokratyczne? Czy słuszne jest, by pieniądze wyborców szły na finansowanie partii, NIEZALEŻNIE od ich preferencji i woli? Nie. To ukryty podatek na partie rządzące. Kolejny mechanizm ograniczający demokrację. Wolność wyboru. Dostęp do władzy. Utwierdzający władzę tych, którzy już ją posiadają, utrudniając wyborcy wprowadzenie swym głosem zmian.

Sponsor

W końcu, ogólna refleksja o demokracji, mająca zastosowanie również do wyborów prezydenckich. W demokracji rządzi ten, kto finansuje kampanię wyborczą. Jedynym mechanizmem ograniczającym tę tendencję jest decentralizacja kampanii – w sytuacji, gdy upodmiotowione są wszystkie okręgi wyborcze, nie ma znaczenia dla uzyskania głosu przynależność partyjna (a niby czemu by miała mieć? Czy nie ważny jest wynik w wyborach?), ciężej jest wtedy sterować głosami „blokiem”. Tych mechanizmów jednak nie ma, co potwierdza tezę z początku tego akapitu.

Mimo wszystko głosujmy. Trzeba mieć nadzieję, że w Bożej Opatrzności również te skażone mechanizmy spełniają Jego wolę. Ale bądźmy ich świadomi, by nie dać się manipulować. Nazywanie rzeczy po imieniu, jak śpiewa „Raz Dwa Trzy” ma moc.

Reklamy

2 responses to “Wolność, demokracja i wybory

  1. Nie zgadzam się z tezą, że ordynacji proporcjonalna jest zawężeniem wyboru, a systemem uwalniającym pełną siłę głosu są jednomandatowe okręgi wyborcze. Przeciwnie, uważam, że to właśnie jednomandatowe okręgi zawężają wybór i wręcz wypaczają demokrację.
    I to wcale nie dlatego, że system oparty o jednomandatowe okręgi wyborcze powoduje „problem” polegający na wygrywaniu wyborów przez małe partie polityczne czy kandydatów niezależnych, a w konsekwencji zbytnim zróżnicowaniu sceny politycznej. Przeciwnie, uważam, że to właśnie stosowanie jednomandatowych okręgów wyborczych stanowi poważne zagrożenie dla różnorodności parlamentarnej reprezentacji odzwierciedlającej istniejące zróżnicowanie społeczeństwa.
    Rzeczywistość pokazuje, że jest dokładnie odwrotnie niż twierdzi autor – to w krajach stosujących ordynację większościową, a więc opartą o okręgi jednomandatowe, dominują zazwyczaj dwa (ewentualnie trzy) największe ugrupowania polityczne, a inne nie mają żadnych szans przebicia się ze swoją reprezentacją do parlamentu (jak choćby Republikanie i Demokraci w Stanach Zjednoczonych).
    Dzieje się tak dlatego, że ordynacja większościowa absolutyzuje kryterium terytorialne. Jest ono jedynym, które pozwala na wybór wspólnego dla określonej liczby osób reprezentanta.
    Nie liczy się to, że jako mieszkaniec np. Wrocławia mogę mieć wspólne poglądy z kimś mieszkającym dajmy na to w Rzeszowie czy Olsztynie i chciałbym mieć w ogólnokrajowym parlamencie reprezentację wspólną z tymi daleko zamieszkałymi osobami. Być może łączy mnie z nimi o wiele więcej niż z kimś, kto mieszka wprawdzie blisko w sensie przestrzennym, ale jeśli chodzi o idee, poglądy czy interesy jest dla mnie kimś bardzo odległym. To nieważne. Przy ordynacji większościowej będąc członkiem społeczności zamieszkującej dane terytorium (zazwyczaj zdefiniowane poprzez pewne granice administracyjne) i chcąc mieć swoją reprezentację w parlamencie mogę szukać ideowych pobratymców tylko w swoim okręgu wyborczym. Jeśli ich w najbliższej okolicy nie znajdę, to przepadło, mój (a także moich sojuszników z Olsztyna czy Rzeszowa) głos się nie liczy.
    Ordynacja większościowa jest obecnie konceptem anachronicznym. Owszem, miała ona może uzasadnienie w czasach, kiedy komunikacja, transport czy wymiana idei i informacji pomiędzy poszczególnymi częściami państwa były znacznie trudniejsze niż dziś. W czasach, kiedy poszczególne części kraju były ze sobą słabo związane, ich mieszkańcy mieli ze sobą niewiele wspólnego i prawie żadnych wspólnych interesów. Notabene pozostałością po takim stanie rzeczy (ewidentnie już anachroniczną) jest np. system elektorów w Stanach Zjednoczonych, który powoduje, że nawet wybory prezydenckie są tam rozstrzygane metodą większościową, w której najważniejszy jest wynik elektorów w poszczególnych stanach i de facto przegrać może kandydat na prezydenta, który w sumie, w skali całego kraju uzyskał większość głosów. Owszem, miało to swoje uzasadnienie w czasach, gdy nie było nie tylko internetu, ale nawet telefonu czy telegrafu, a podróż do stolicy państwa trwała kilka dni (inna sprawa, że USA jednak w odróżnieniu od Polski pozostają państwem federacyjnym). Podobnie było w I Rzeczpospolitej – posłowie poszczególnych ziem i województw byli wybierani na (cieszących się zresztą złą sławą ze względu na wszechobecne tam pieniactwo, demagogię i przekupstwo) sejmikach.
    Ale dziś…? Jakie istnieje uzasadnienie dla absolutyzowania kryterium przestrzennego, skoro w dzisiejszym społeczeństwie linie podziałów światopoglądowych, ideowych, gospodarczych, politycznych i wielu innych przebiegają zupełnie gdzie indziej niż granice terytorialne (w dodatku często arbitralnie administracyjnie ustalone)? Skoro technologie informacyjne pozwalają nam na przesyłanie informacji o wynikach wyborów w mgnieniu oka ma przestrzeni nie tylko całego państwa , ale i świata…? No i nie zapominajmy, że nasz parlament ma być reprezentacją poszczególnych obywateli, a nie terytoriów, ziem, województw, powiatów, prowincji czy stanów.
    Spójrzmy zresztą, jak wyglądałaby przy okręgach jednomandatowych obecna sytuacja polityczna w Polsce. Ponieważ zwolennicy poszczególnych ugrupowań są w naszym kraju rozmieszczeni w przestrzeni w miarę równomiernie, można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że w sejmie mielibyśmy reprezentantów tylko i wyłącznie dwóch największych ugrupowań z miażdżącą (zapewne z pozwalającą na zmianę konstytucji ilością 2/3 głosów) przewagą jednego z nich. Żadnej różnorodności, reprezentacji trzeciej czy czwartej siły, jakiejś lewicy, mniejszości, zielonych, rolników, nic… A to tylko dlatego, że ich zwolennicy są terytorialnie rozproszeni. Żeby dorobić się wspólnej reprezentacji musieliby zjechać na wybory wszyscy do jednego okręgu wyborczego albo – nie wiem – może założyć getto..? Ładna demokracja… Tylko dwie partie (a może nawet jedna?)
    O, nie, przepraszam, zapomniałem o kandydatach niezależnych. Bo i tacy się przecież zdarzają. Doskonały przykład mamy w polskim senacie, który wybierany jest właśnie metodą większościową. Tam poza dwiema głównymi siłami politycznymi mamy jednego senatora niezależnego, hurra! Cóż to za zacny reprezentant lokalnej społeczności? Senator z okręgu pilskiego. Właściciel zakładów przetwórstwa mięsnego, zatruwających wodę, ziemię i powietrze, od lat uprzykrzający życie okolicznym mieszkańcom. Pewny swego, choć z kilkoma wyrokami na koncie. Ale to miejscowy potentat, poważny pracodawca, ustosunkowany, bogaty, z wieloma wpływami. Ma możliwości, żeby wszystkich nieprzychylnych sobie kupić lub uciszyć. I oczywiście wygrać wybory (czy nie przypomina to trochę klimatu przedrozbiorowego sejmiku…?). Niestety, szczytna idea przedstawicieli reprezentantów lokalnych społeczności potrafi wypaczyć się w sposób chyba jeszcze gorszy niż partyjne listy. Zamiast rzekomo anonimowych polityków możemy spodziewać się wszechwładnych lokalnych kacyków.
    Inna sprawa, że stosowanie metody d’Hondta, Sainte-Laguë czy inne wyrafinowane proporcjonalne ordynacje w rzeczy samej proporcjonalnymi już nie są, a stosowanie takiego a nie innego sposobu liczenia głosów to już kwestia zdecydowanie polityczna. Zgadzam się, że im bardziej ten sposób zawiły, skomplikowany i mniej czytelny dla wyborców, tym to wszystko bardziej podejrzane i odległe od demokracji. Nie zmienia to jednak mojego przekonania, że dobra ordynacja powinna być proporcjonalna. Przy tym oczywiście prosta, zrozumiała w sposób zdroworozsądkowy, bez jakichś zawiłych kombinacji z mnożeniem, dzieleniem itp. itd. Osobiście zrezygnowałbym nawet z procentowego progu na wejście do parlamentu. Nawet kosztem zbytniego rozdrobnienia parlamentu. Cóż, taka uroda prawdziwej demokracji….
    Pozdrawiam 🙂

  2. Witam,

    chyba mnie Pan przekonał, że rzeczywiście, sztywna (zależna wyłącznie od % oddanych głosów) ogólnokrajowa ordynacja jest silniejszym narzędziem urealnienia głosów każdego od okręgów jednomandatowych. Obie te metody uważam jednak za lepsze niż system obecny, w którym oddawanie głosów jest pozorem demokracji. Pozdrawiam serdecznie!
    mw

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s