Stół celnika

Mateusz Wichary

 

A Lewi wyprawił wielkie przyjęcie dla niego w domu swoim. I była liczna rzesza celników oraz innych, którzy zasiedli wraz z nimi do stołu.

Łk 5:29

 

Jezus przy stole celnika. Obraz znany i przez to spłaszczony. Wydaje nam się, że nas nie dziwi. Wszystko w nim rozumiemy. Typowa interpretacja tego tekstu mówi o miłości Bożej: o tym, że nasz Pan nie boi się wejść pośród grzeszników. Słusznie, bo o tym właśnie ów tekst mówi. Tylko, czy my faktycznie go rozumiemy? Czy faktycznie potrafimy zastosować? Czy nasza postawa odzwierciedla postawę naszego Pana?

Chciałbym, byśmy spojrzeli na ten tekst z perspektywy kilku tematów, które porusza: wspólnoty z grzesznikami, odwagi i świętości. Mam nadzieję, że ów stół celnika stanie się dla nas wyzwaniem i zachętą.

 

Wspólnota z grzesznikami

Niedawno słyszałem o pewnym zachodnioeuropejskim misjonarzu w Afryce. Służył ofiarnie w ekstremalnych warunkach wśród nieuleczalnie chorych. Mieszkańcy byli mu bardzo zobowiązani. W dowód wdzięczności zaprosili go do uroczystości, przez którą stałby się jednym z nich. Odmówił.

 

Jak pewnie wielu członków protestanckich kościołów w Polsce, często obserwuję misjonarzy z innych krajów. Nie dziwi i nie gorszy nas zachowywanie przez nich pewnych zwyczajów, które przywieźli ze swych krajów ojczystych. Każdy ma do tego prawo. Ale są sytuacje, w których odczuwam(y) przykry dystans. Na przykład, niechęć do spróbowania dań naszej kuchni. Oczywiście, nie każdy musi lubić flaki, czy wątróbkę. Ale pierogi, czy bigos można chyba spróbować? Niby nic, ale lekceważenie czegoś, co jest przecież dla nas ważne, co wyraża zarówno serce gospodyń jak i dorobek kulturowy narodu, rani. Kiedyś byłem w Rumunii. Razem z przyjaciółmi z Polski eksperymentowaliśmy z lokalną kuchnią. Nie wszystko mi smakowało, ale do dziś pamiętam zagryzanie potraw słodką, czerwoną cebulą maczaną w soli. Pycha. W tym czasie przyjezdni z Zachodu raczyli się wspaniałościami McDonalda. Jaki to wysyła sygnał? McDonald jest OK; rumuńskie specjały nie zasługują na uwagę. Czy to prawda?

 

Stół jest ważny. Jedzenie tego, co przed nami postawią, jest ważne. Siedzenie przy jednym stole, jest nawet bardzo ważne. Zaproszenie kogoś na posiłek jest przecież wielokulturowym znakiem przychylności. Zaufania, jeśli nawet na kredyt. To zaproszenie w wewnętrzny krąg rodziny, bądź bliskich. Usługiwanie komuś przy stole oznacza szacunek, bo jest to forma uniżenia. Pamiętamy faryzeusza, który próbował ugościć Jezusa, jednocześnie odmawiając mu szacunku – jedno wyklucza drugie; nie da się tego zrobić neutralnie; to obraźliwe (Łk 7:44-46). Podobnie odmawianie jedzenia będąc w gościach (poza umiarkowaniem, które jest wskazane) – to potwarz dla gospodyni. Jedzenie ma głęboki, teologiczny sens, który wzmacnia jeszcze Stół Pański. To najgłębsza forma wspólnoty, bycia jednym, poza prawdopodobnie aktem współżycia między mężem i żoną.

 

Co więc zrobił Jezus siadając do jednego stołu z celnikami? Przyjmując zaproszenie od Mateusza, by zasiąść przy jego stole?

 

Jezus przyznał się do nich. Nie odrzucił ich. Ale się z nimi zbratał. A to nie był ugrzeczniony stół z oranżadą. To była impreza u celnika. Dużo jedzenia, picia (w. 30), pewnie słownictwa, zwyczajów celników, nawet, jeśli ze względu na Specjalnego Gościa się nieco hamowali. Oczywiście, zapewne Jezus ów stół w jakiś sposób swą obecnością przemienił. Ale to nie był jego stół. Na jego warunkach zastawiony. To był stół celnika. I choć Lewi zdecydował się właśnie, by pójść za Jezusem, to impreza była wciąż imprezą celników. Werset 29 mówi o „wielkim” przyjęciu. O „licznej” rzeszy gości – gości Lewiego, i tych po fachu i z fachów pokrewnych, równie niechlubnych (w. 30: „celników i grzeszników”).

 

Jak to możliwe, postaram się odpowiedzieć za moment. Teraz ograniczę się tylko do refleksji, że zachowalibyśmy się dzisiaj inaczej. Poinstruowalibyśmy Lewiego: teraz, kiedy zostałeś chrześcijaninem, zostaw to wszystko za sobą. Nie rób więcej imprez. My oczywiście, broń Boże, się na nich nie pojawimy. To szeroka droga, droga celników i grzeszników. My na nią nie wchodzimy. Ty też z niej zejdź. Z takimi ludźmi nie warto się widywać. Nie warto z nimi się spotykać. A nawet, dobry chrześcijanin tego robić nie powinien. Zostaw to wszystko za sobą. Chodź z nami, do naszego stołu. Tam jest miło, aseptycznie i właściwie.

 

No, ale Jezus tak nie powiedział. Zaproszenie przyjął. Czy więc był może jak ten misjonarz wśród Afrykańczyków? Siedział, nadęty, zniesmaczony, wewnętrznie nieobecny, ponad tym wszystkim, co się wokół Niego dzieje, każdym gestem, ruchem, pokazując, jak to wszystko Go mierzi i jak to wszystko jest obok, i jak niewidzialna bariera wokół Niego działa idealnie, tak ściśle przylegając, że nie ma nic z tym wszystkim, co dzieje się wokół Niego, wspólnego ani na chwileczkę? Jak bardzo się poświęca i jest cierpiętnikiem Bożym, ale cóż, pokaże, jak to oto jest otwarty i w ogóle? Niektórzy z nas zapewne w ten sposób rozumieją bycie na różnych imprezach, nie naszych, „dla świadectwa.” Cóż więc, czy o to właśnie chodzi?

 

Trochę się zdradziłem powyżej, pisząc o byciu „nadętym”. Tak, uważam, że nie o to chodzi. Uważam, że gdyby Jezus w ten sposób się zachował, to by oszukał Lewiego. Przyjąłby zaproszenie, które tak naprawdę swym zachowaniem później by odrzucił. A Jezus NAPRAWDĘ przyjął to zaproszenie. I naprawdę miał społeczność z grzesznikami.

 

Jak to więc możliwe? Czy człowiek oddany Bogu może mieć społeczność z grzesznikami? Czy jedno nie wyklucza drugiego? W odpowiedzi pomoże nam refleksja nad odwagą.

 

Odwaga

Nasz Pan spotyka Mateusza w jego grzechu i nie boi się go zaprosić do bliskiej społeczności: „Pójdź za mną” (w. 27). On się przyznaje do Lewiego; nie wstydzi go. Chce z nim być. Z takim, jaki jest. Oczywiście, Pan go przemieni. Ale to jest jeszcze przyszłość. Teraz jest tym, kim jest. Nikim więcej. Pan się go nie boi, ani nie wstydzi. Nie boi się, że się nim skala. Raczej, najwyraźniej, jest przekonany, że owo skalanie potrafi oczyścić, chorobę uleczyć, zło przemienić (w. 32).

 

Pan wie, że łaska jest większa od grzechu; dobro zwycięża zło (Rz 5:15; 12:21). Nie boi się więc w grzech wejść. To grzech ma bać się Pana, a nie Pan grzechu. Gdyby Pan zła nie zwyciężał, to Zły by się Go nie bał. Ale się bał i boi, właśnie dlatego, że Pan wkracza w jego terytorium i zdobywa ludzi, których Zły uważa za swą bezpieczną własność.

 

A to błąd. Bo choć ludzie żyjący w jawnym, publicznie napiętnowanym grzechu faktycznie są weń uwikłani bardziej niż osoby żyjące moralnie, jednocześnie doświadczają silniej jego niewoli. Gdzie grzech się rozmnaża, tam i łaska bardziej obfituje (Rz 5:20) – zarówno w swym bogactwie, gdy ludzie się nawracają, jak i w poprzedzającym je zrozumieniu potrzeby uwolnienia; tęsknoty za zmianą. Oczywiście, nie zawsze; bez Ducha człowiek tak czy siak tłumi prawdę i zaprzecza swemu upadkowi, nawet, gdy jest na dnie. Ale przychodzi mu to znacznie ciężej.

 

Nasz Pan więc grzechu się nie boi. Wie, że łaska jest wspanialsza i mocniejsza. A my? My dziś potrzebujemy murów. Cóż z tego, że niewidzialnych? Mur, to mur. A tego muru właśnie u Pana nie widzę. Nie widzę go zresztą nie tylko w tym fragmencie. Nie widzę go przede wszystkim we wcieleniu: w staniu się takim, jak my (J 1:18). W przejściu przez cierpienia i próby (Hbr 2:18). Chrystus, choć bezgrzeszny, utożsamił się przecież z ludzkością, i to nie tą doskonałą, czystą, ale właśnie tą zepsutą. Wszedł w nią odważnie. My z tym mamy problem.

 

Dlaczego? Myślę, że nie wierzymy w dobro. Wierzymy w zło. Jakoś w praktyce ciężko nam ufać, że większy jest Ten, który mieszka w nas niż ten, który jest na świecie. Dlatego izolujemy się. Tworzymy „lepszy” świat w oddzieleniu. Czy święty? Oto pytanie. Na pewien sposób na pewno. Ale na pewien sposób również tworzymy nieuchronnie faryzeizm; udawanie. Bo model ów, jakkolwiek w treści inny, ostatecznie opiera się na tym samym rozwiązaniu, które przyjęli faryzeusze: odcięcie się od grzeszników. Model, który święty, namaszczony Pan, Bóg i doskonały człowiek w jednej Osobie, odrzuca, zasiadając do stołu celnika.

 

Świętość

Czym więc jest świętość, skoro nie oddzieleniem? Przecież święty oznacza to właśnie: odcięcie (od codzienności; zwyczajności – w języku hebrajskim) bądź inność, odmienność (w grece). Jak można być świętym, nie będąc oddzielonym?

 

Pozwolę sobie odpowiedzieć najpierw posługując się analogią Wcielenia. Jak można być Bogiem, będąc człowiekiem? Czy jedno wyklucza drugie? Wiemy, że nie wyklucza. Że to fałszywa alternatywa: albo człowiek, albo Bóg. Nasz Zbawiciel jest zarówno odwiecznym Słowem, które było Bogiem i u Boga, jak i człowiekiem, który przyszedł na świat, i jako człowiek zaczął istnieć około 2000 lat temu. Jego przymioty boskie i ludzkie harmonijnie współistniały między sobą; nie był schizofrenikiem (w teologicznym żargonie to communio idiomatum). Dwie natury nie kłóciły się ze sobą, ale łączyły w jednej Osobie (tą prawdę dogmatyka wyraża mówiąc o unii hipostatycznej, czyli wspólnocie dwóch natur w jednej Osobie Pana).

 

Skoro to możliwe u Pana, to możliwe również u Jego naśladowców. Twierdzę, widząc przed sobą Pana przy stole celnika, że świętość nie polega na odmawianiu bądź udawaniu wspólnoty z ludźmi, ale na wspólnocie z ludźmi PLUS wewnętrznej odmienności. Nasz Pan siedząc przy tym stole zarówno miał z nimi społeczność, jak i czuł się od nich inny.

 

Owo zarówno jest sednem. Jedno nie wyklucza drugiego. A kiedy wyklucza, coś wyjątkowego, coś Bożego i świętego, bezpowrotnie i nieodwracalnie w nas umiera.

 

Brak wspólnoty

Po pierwsze, kiedy brakuje autentycznej społeczności, stajemy się nadętymi bubkami; współczesnymi faryzeuszami, którzy nikogo swą postawą nie zachwycą ani nie przyciągną, chyba że podobnych sobie obłudników. Brakuje w nas łaski Bożej, która była w Chrystusie (J 1:14). Zwróćmy uwagę, że właśnie owej niezasłużonej społeczności, czyli po prostu łaski, doświadczył Lewi ze strony Jezusa. I musiało to być prawdziwe, całkowite i autentyczne. Inaczej Lewi nigdy by nie wpadł na pomysł, że Pan może przyjść na ucztę do niego. Więcej: Lewi założył, że Pan TAK SAMO nie będzie się wzbraniał mieć społeczność z jego kolegami. I DLATEGO nie boi się Go zaprosić, a nawet sądzi, że jak zmienił jego, tak może zmienić i nich! Ta wewnętrzna odmienność nie odpycha, ale przyciąga grzeszników.

 

Czy nie jest to w ogóle sednem miłości Bożej? Czy nie zadziwia nas właśnie fakt, że święty Bóg chce mieć z nami, czyli światem, grzeszną i upadłą ludzkością, społeczność? I czy o tej miłości nie mówi właśnie znany nam wszystkim fragment z Ewangelii Jana 3:16? W końcu, czy właśnie ta prawda o miłości Bożej nie jest sednem Stołu Pańskiego? Owszem, to stół przemienionych grzeszników. Ale przemienionych przez łaskę, a nie własne zasługi, czy siły. Poza tym, owo przemienienie nie zmienia tego Stołu Łaski w Stół Zapłaty. Wciąż siedzenie przy nim, to, że jego gospodarzem jest sam Boży Syn, a my możemy do niego zasiąść, jakbyśmy przemienieni nie byli, nam się NIE należy. W gruncie rzeczy, różnica między celnikami a nami jest ostatecznie – poza Bożą łaską – kompletnie nieistotna. Czyli, Nasz Pan zasiada pośród ich i nas wciąż na tej samej zasadzie. Przyznaje się do nas i nich i ich i nas nie odrzuca z łaski, dzięki swojej własnej ofierze. Przyczyna jest poza nami, w obu przypadkach, choć oczywiście różni nas (mam nadzieję), pozytywna odpowiedź na wezwanie do nawrócenia. Pan Jezus jest z nami naprawdę, pomimo naszych grzechów. One Go nie powstrzymują, by zastawiać przed nami Stół. By do niego nas zapraszać. Nie na niby. Nie po to, by nam udowadniać, jak jesteśmy do niczego. Nie dla pozorów. I nie dlatego, że jesteśmy tak wspaniali. Ale dlatego, że chce być z nami, jak z celnikami przy stole Lewiego. Oba te stoły to stoły łaski.

 

Przypomnijmy sobie również Kazanie na Górze: „Miłujcie nieprzyjaciół waszych i módlcie się za tych, którzy was prześladują. Abyście byli synami Ojca waszego w niebie, bo słońce jego wschodzi nad złymi i dobrymi i deszcz pada na sprawiedliwych i niesprawiedliwych” (Mt 5:44-45). Niech nasz deszcz pada równo. Niech nasze słońce nie wybiera. Czy to nie na tym właśnie polega świętość? Naśladowanie Ojca w niebie? Wygląda na to, że tak. A zresztą, „gdybyście miłowali tylko tych, którzy was miłują, jakąż macie zapłatę? Czyż i celnicy tego nie czynią? A jeślibyście pozdrawiali tylko braci waszych, cóż osobliwego czynicie?” (Mt 5:46). Nic osobliwego, najwyraźniej. „Czyż i poganie tego nie czynią?” Ano czynią. Tylko mają inne normy, granice, definicje bycia „w” i „poza”. Gdzie w tym świętość? Nie ma. Te granice to nic świętego. To czyste pogaństwo najwyraźniej. „Bądźcie wy tedy doskonali, jak Ojciec wasz niebieski doskonały jest” (w. 48). Czyli jacy? Pamiętajmy o deszczu i słońcu.

 

Podsumowując: prawdziwa świętość nie wyklucza społeczności z grzesznikami. Przeciwnie. Ona nawet jej wymaga. Bez niej nasza sprawiedliwość nie będzie większa niż sprawiedliwość faryzeuszy i uczonych w Piśmie, a taka właśnie ma być (Mt 5:20).

 

Brak inności

Oczywiście, jest również i druga ewentualność. Możemy mieć pełną i niczym nie uświęconą społeczność z grzesznikami. Innymi słowy, zarówno niknie, bo nie ma już niczego więcej. Żadnej wewnętrznej twardości, lojalności względem Pana; wdzięczności w sercu, samokontroli w działaniu, pragnienia wywyższania Ojca, życia w radości zbawienia i w pokoju, który ze względu na ufność do Boga strzeże naszych serc. Pozostaje wspólnota z ludźmi wokół, niezmącona żadną innością. Nasze bycie „nie z tego świata” umiera. Pozostaje może chodzenie do innego kościoła niż większość rodaków, ale z wewnętrznym dystansem do tego, co w nim się dzieje; towarzyszyć nam może punktowanie tych, którzy w ową inność poszli za daleko, jak to powyżej opisałem. Tylko, czy faktycznie jesteśmy uczciwi? Czy nie przychodzi nam zbyt łatwo rozgrzeszanie się z lekceważenia wersetu „Jeśli kto miłuje świat, nie ma w nim miłości Ojca” (1J 2:15)? Może przychodzi, skoro zazwyczaj Biblii zbyt często również już nie czytamy. Trwamy jednak. Zbyt wiele w życiu się pozmieniało, społecznie, w rodzinie, byśmy teraz się wycofywali. Idziemy więc. Jesteśmy ludźmi odpowiedzialnymi i poważnymi. Nie zmieniamy się pochopnie. Trwamy.

 

Ale to również oszustwo. Samego siebie. A przede wszystkim niewiara. Czyli nie naśladowanie Chrystusa. Tak, widzimy faryzeizm tych, którzy przez brak miłości nigdy do stołu celników nie zasiądą. Ale czy mamy w sercu owo zarówno, gdy sami do niego zasiadamy? Czy mamy w sobie świętość? Oddanie Ojcu, jak Jezus? Gorliwość? Upór w życiu dla Pana? Pragnienie bliskości i oddania?

 

Konieczne zarówno!

Świętość więc to zarówno miłość i łaska dla grzeszników, jak wewnętrzna inność. Obie są dla prawdziwej świętości niezbędne. Obie i tylko obie. Żadnej zabraknąć nie może. O tym mówi nam stół celnika i siedzący przy nim nasz Pan. Niech Ojciec w Duchu da nam moc, by Go w tym naśladować, Amen.

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s