Bóg nadziei

sianieMateusz Wichary

A Bóg nadziei niechaj was napełni wszelka radością i pokojem w wierze, abyście obfitowali w nadzieję przez moc Ducha Świętego. (Rz 15:13)

Apostoł Paweł we wszystkich swoich listach mówi o trzech cechach osób wierzących. To wiara, nadzieja i miłość. Fragmentem, który wielu chrześcijan zna na pamięć jest 1Kor 13:13: „teraz więc pozostaje wiara, nadzieja, miłość, te trzy: lecz z nich największa jest miłość.”

Znamy ten fragment. Wiemy, że te trzy cechy muszą być obecne w życiu chrześcijanina. A jednak, mam wrażenie, że właśnie nadzieję traktujemy z nich wszystkich najgorzej.

Wiemy, że wiara jest dla chrześcijanina niezbędna. Słyszałem wiele kazań mówiących o konieczności wiary i różnych jej wymiarach. Często również słyszałem kazania o miłości.

Pamiętamy, że Bóg jest miłością. Rozumiemy, że posłanie Syna za nasze grzechy na krzyż jest dziełem miłości. Rozumiemy również, że bez miłości nasza wiara jest zimna i nieprzekonująca dla świata. Wręcz, werset, który przed chwilą przytoczyłem używany jest jedynie po to, aby dowieść wyższości miłości nad wiarą.

I rzeczywiście, on podkreśla znaczenie miłości. Miłość jest wieczna. Ale przecież wspomina również nadzieję, która pojawia się równie często w Listach Pawła. A mimo tego, nie przypominam sobie tak wielu kazań na temat nadziei.

Nadzieja, spośród tych trzech, jest najrzadziej wspominana. Wręcz, wydaje mi się lekceważona, pomijana. To źle. Nadzieja pozostaje bowiem jednym z trzech filarów chrześcijańskiego charakteru. Bez niej wywrócimy się, gdy oprze się oń jakiś poważniejszy ciężar. Okaże się, że nie potrafimy go unieść. Wiara i miłość, jakkolwiek by nie były mocne, nie zastąpią nadziei.

We fragmencie, którym rozpocząłem, Bóg przedstawia się jako „Bóg nadziei.” Bóg ma w sobie nadzieję. To jego cecha, a jednocześnie również cecha, która kształtuje i chce widzieć w swoich dzieciach. On zmienia nas w ludzi nadziei.

Czym więc jest nadzieja?
W najbardziej podstawowym sensie, to pełne ekscytacji (niecierpliwości) oczekiwanie na przyszłość. To liczenie na dobro w przyszłości. Przykładem są dzieci, oczekujące na prezent – czy to w czasie świąt, czy urodzin. Siedzą przy stole, ale nie mogą się doczekać tej chwili, kiedy otworzą pięknie zapakowane paczki. Dlaczego? Bo motywuje je nadzieja tego, co zobaczą w środku.

Podobnie zachowują się i dorośli, kiedy czekają na zapowiedziany powrót męża/ żony.

Przygotowujemy się do tego. Sprzątamy, ładnie ubieramy, kupujemy kwiaty czy przyrządzamy ulubioną potrawę. Mamy nadzieję rychłego powrotu w sercu. Ona sprawia, że ten dzień jest wyjątkowy. Podobnie zachowujemy się, gdy oczekujemy na dziecko. Choć mamy obawy, czy wszystko pójdzie dobrze, czekamy w ekscytacji i zniecierpliwieniu.

Warto dodać, że nadzieja to nie zwykły optymizm. Nadzieja „to nie po prostu przekonanie, że wszystko dobrze się ułoży, ale pewność, że coś ma sens i warto to uczynić, niezależnie od tego, co z tego wyniknie”1. Nadzieja przekracza więc doczesność. Pokładając nadzieję w Bogu robię to, co uważam, za dobre, niezależnie od tego, jaką to ma – po ludzku patrząc – szansę na sukces.

Nadzieja wywołuje radość i pokój. Tak bowiem czytamy w Rzymian 15:13: to Bóg nadziei właśnie napełnia radością i pokojem. Czyli: Bóg poprzez nadzieję; jako jej źródło dla nas. Owa radość i pokój są niejako – właśnie dzięki nadziei – „pożyczone z przyszłości”, której jeszcze nie ma. Udzielają nam się ze względu na coś, czego jeszcze nie ma, na co dopiero liczymy. Ta przyszłość, choć jej jeszcze nie ma, daje nam radość i pokój już teraz. Tak działa nadzieja.

I dlatego jej potrzebujemy. Szczególnie w chwilach trudnych, których nie brakuje. Ona sprawia, że potrafimy przejść przez trud dnia dzisiejszego. Jest jak światło w długim tunelu, które sprawia, że możemy iść dalej. Które dodaje sił, bo widzimy cel naszej wędrówki.

Problemy z nadzieją
Żaden człowiek nie może żyć zupełnie bez nadziei. A jednak, często traktujemy nadzieję lekceważąco, i zbieramy tego przekleństwo.

Dlaczego? Ktoś to kiedyś wyraził w formie następującego „błogosławieństwa”: „Błogosławiony ten, który niczego się nie spodziewa, albowiem niczym rozczarowany nie zostanie.” Czy to nie jest prawda?

Myślę, że to półprawda. Faktycznie, nie spodziewając się niczego dobrego, czyli: nie mając nadziei właśnie, niczym nie będę rozczarowany. Niemniej, to czego owo stwierdzenie nie uwzględnia, to skutki uboczne. A skutkiem ubocznym jest zgorzknienie. Poczucie zawodu. Przede wszystkim względem Boga. Ale również siebie samego, bo czujemy, że czegoś ważnego nam brak. A konkretnie, tego, co przychodzi wraz z nadzieją – radości i pokoju.

Czy więc warto porzucać nadzieję? I wierzyć owemu „błogosławieństwu”?

Mam niestety wrażenie, że wielu chrześcijan tak czyni. Z różnych przyczyn. Czasem osobistego zawodu. Dotkliwej straty. Liczyłem na dobro, a stała się tragedia. Nie rozumiem. I nie chcę tego zmieniać. Czasem, gdy patrzę na pastorów zmagających się z różnymi problemami, również widzę brak radości i pokoju w służbie. Zwątpienie w sercu zajęło miejsce nadziei. Nic dobrego się nie wydarzy. Zmiana nie nastąpi. Ludzie są grzeszni, dobrze, że w ogóle do kościoła chodzą. Nie warto na cokolwiek od nich liczyć. Zbyt wiele zranień. Nie warto wierzyć, że ich życie faktycznie się zmieni. Wystarczy na nich popatrzyć od ostatnich 10 lat. Daj mi spokój z nadzieją. Chodźmy lepiej coś zjeść.

Ale podobnie beznadzieja może opanować nasze życie zawodowe bądź rodzinne: Mój mąż już się nie zmieni. Ona nie przestanie zrzędzić. Dobrze, że chociaż się modli, choć nic z tego nie wynika. Co prawda do siebie się nie odzywamy, ale przynajmniej dom jest zadbany. Dzieci jakoś wychowane. Albo: ta praca to bezsens. Ale jest. Lepiej nie próbować jej zmienić, bo może być tylko gorzej. Po co stąd wyjeżdżać, gdzie indziej jest tak samo. Lepiej nie będzie, a gorzej może. Nie ma co bujać w obłokach, trzeba zacisnąć zęby i tyle.

W końcu, brak nadziei może wpłynąć nawet na teologię. Po co robić cokolwiek? Po co działać dla zmian w tym świecie? Wszystko spłonie, wyluzuj się i patrz spokojnie, jak ten świat upada. Nic nam do tego. My oczekujmy na Jezusa, i obserwujmy. Ewentualnie, wciągnijmy kogoś do Kościoła, i nic poza tym. Świat niech zdycha. My nie jesteśmy z tego świata.

Może powiedziałem to ostro, ale czy tak czasem właśnie nie myślimy? Werset z 2 Piotra 3:10 („dzieła spłoną”) i J 17:16 („nie są ze świata, jak i ja nie jestem ze świata”) zgrabnie łączymy w całość.2 I już możemy pogrążyć się w apatii. Bezruchu (poza ewangelizacją od czasu do czasu, dla uspokojenia sumienia). Nie oczekujmy żadnych większych zmian. Grunt, żeby liczba chrztów przewyższała liczbę zgonów. Na cóż więcej można dziś liczyć?

Oto brak nadziei. Czy tak właśnie powinno być? Czy warto z niej rezygnować?

Usłyszałem kiedyś takie zdanie: „Mając nadzieję, żyjesz. Gdy ją tracisz, to w środku już umierasz” (K. Menninger). Więcej: jeśli nie mamy nadziei na zmiany, jesteśmy dla tego świata bezużyteczni. Nie mając nadziei, nie będziemy czegokolwiek robili, aby go zmienić. Brak nadziei to kapitulacja; to przyznanie, że jesteśmy słabi i bezproduktywni. Poniekąd nawet pasożytniczy. Bowiem patrzymy tylko biernie, jak kto inny bierze odpowiedzialność za to, co nas otacza. W tym i nas. A my, deklarując posiadanie największej mocy ku zmianie tego świata, jesteśmy obok, kompletnie tym nie zainteresowani i bierni, dając się unosić falom wywoływanym przez innych.

Inspirujące? Zachęcające do nawrócenia? Przekonujące, że Jezus jest Panem? Motywujące do wiary Jemu we wszystkim? Budujące szacunek do Kościoła i Ewangelii?

Pozwolę sobie zaryzykować twierdzenie, że jeśli chrześcijanie nie mają nadziei na zmianę tego świata, to są całkowicie nieprzekonujący dla ludzi uwikłanych w jego zło. Oczywiście, oferujemy ratunek. Oferujemy możliwość ucieczki. Ale jeśli to wszystko, co oferujemy, to oznacza, że w praktyce mówimy światu: jesteś silniejszy. My się wycofujemy, z naszym Chrystusem, na obrzeża, godząc się na to. I pozwól nam w tym kącie pozostać, bo jeśli zbyt mocno nas będziesz nękać, o!, to kto wie, może nawet o ten swój margines zawalczymy. I wtedy świat mówi: a, no dobrze, kościele, miej sobie ten swój mały kawałek. A my cieszymy się, że znów zwyciężyliśmy. Czyżby.

Czy jesteś człowiekiem nadziei? A może okopałeś się mocno w swojej beznadziei? Uświęciłeś ją nawet? Nie chcesz próbować marzyć o czymś większym, niż pchanie do przodu tego, co jest? Drogi Bracie, droga Siostro, Bóg jest Bogiem nadziei. Pełnego ekscytacji, niecierpliwości oczekiwania na przyszłość. Liczenia na dobro w przyszłości. Proszę, nie rezygnuj z wiary w TAKIEGO Boga.

Fałszywa nadzieja
Zanim przejdę dalej, chciałbym jeszcze omówić fałszywą nadzieję. W języku polskim mamy przysłowie: „Nadzieja matka głupich.” Czy to prawda?

W pewnym zakresie, tak. Bo nie każda nadzieja się spełnia. W Księdze Przypowieści czytamy: „Oczekiwanie sprawiedliwych przynosi radość, lecz nadzieja bezbożnych wniwecz się obraca” (Przp 10:28). Prawdziwa nadzieja to nie bezpodstawny optymizm. Bezpodstawny optymizm może pomaga przejść przez problemy, ale nie daje nam tego, na co liczymy.

Pamiętam, obok mojego rodzinnego mieszkania, w kamienicy, było duże podwórko. Raz byłem na nim świadkiem pouczającej rozmowy wędkarzy. Siedzieli przy tanim winie wokół piaskownicy i snuli plany, jak wspaniale rozwinie im się interes. W skrócie, chodziło o sprzedaż karpi łowionych w Odrze (bo miastem tym był Wrocław). Popijając z wspólnej butelki zachęcali się wizją wielkich zysków. Szło im naprawdę dobrze. Przychody szły w setki, okazali się naprawdę zdolni w mnożeniu dużych sum.

Czy im się powiodło? Dla porządku dodam, że amatorów kupowania ryb z Odry nie ma zbyt wielu. Patrząc na to, że nie pracowali przed południem, ale pili wino, miałem również poważne wątpliwości, że w ogóle byliby w tym wierni. Podsumowując: nadzieja bezbożnych się nie spełnia.

To głupota snuć wielkie plany, gdy nie mamy ochoty wziąć na siebie tego, co zrobić można, aby się spełniły.

Boże obietnice: podstawa nadziei
Czym więc jest prawdziwa nadzieja, która się spełnia? To UFANIE BOŻYM OBIETNICOM.

To oparcie się w życiu o to, co Bóg obiecał, nawet pomimo niekorzystnych okoliczności.

Bóg przede wszystkim obiecał z nami BYĆ WE WSZYSTKIM. Dlatego tak lubimy Psalm 23: „Choćbym nawet szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę – dlaczego? – bo ty jesteś ze mną.” (Ps 23:4). Bóg jest z nami we wszystkim. Cokolwiek dla nas zaplanował, obiecał przy nas być.

Oto nasza nadzieja!

Przykładem wiary w Boże obietnice pełnej nadziei jest Abraham. Gdy apostoł Paweł pisze o wierze usprawiedliwiającej (czyniącej z chrześcijan chrześcijan), odwołuje się właśnie do tej sytuacji: „Abraham wbrew nadziei, żywiąc nadzieję, uwierzył…” (Rz 4:18). Abraham nie miał podstaw, by wierzyć, innych niż Boże Słowo. Miał mieć syna, a jego żona była już po menopauzie (mówiąc dzisiejszym językiem), on sam miał już około 100 lat. To czas na prawnuki, nie pierworodnego.

Ale „żywił nadzieję.” Jego serce uległo Bogu, rozpaliło się oczekiwaniem, gorliwą uległością Bożemu przekonywaniu, gdy wyprowadził go przed namiot, kazał spojrzeć w rozgwieżdżone niebo i powiedział: Abramie! Tylu będzie Twoich potomków! – choć nie miał jeszcze żadnego. Uwierzył DZIĘKI nadziei opartej na Bożym Słowie. I W TEJ właśnie sytuacji objawia się sedno wiary, której wymaga od nas Bóg!

W bardzo ciekawy sposób modli się również apostoł Paweł. W Flp 1:20 czytamy: „Wiem bowiem [w.19] … według oczekiwania i nadziei mojej, że w niczym nie będę zawstydzony, lecz że przez śmiałe wystąpienie, jak zawsze, tak i teraz, uwielbiony będzie Chrystus w ciele moim, czy to przez życie, czy przez śmierć”. Zwróćmy uwagę, że Paweł nie mówi: „Bóg będzie uwielbiony przez to, że przeżyję.” Nie mówi również: „Bóg będzie uwielbiony przez moją śmierć za wiarę.”

Dlaczego? Bo Bóg mu nie obiecał tego, że uwielbi Go – czy to przez to, że Bóg go cudownie uratuje, czy przez to, że da siłę, aby znieść męczeńską śmierć. Paweł natomiast wie, że ma obietnicę Bożej obecności i tego, że Bóg doda mu sił, aby z odwagą stanął wobec tego, co ma na niego przyjść: czy to ratunku, czy to śmierci. Najważniejsza jest odwaga, bo to odwaga sprawi, że Chrystus będzie uwielbiony. Dlatego to o odwagę się modli, a nie o życie, bądź śmierć.

Mamy mieć nadzieję,że Bóg da nam być kimś innym. Że sprawi, że okażemy się Mu wiernymi; że doda nam sił. Czy na to liczymy?

Wielkim przykładem nadziei jest William Carey. Był szewcem i pastorem małego baptystycznego zboru w Anglii. Nocami uczył się greki i hebrajskiego. Bóg położył mu na sercu los narodów, które nie znały Chrystusa. I go wspaniale użył! William Carey do historii przeszedł jako ojciec misji. Był pionierem głoszenia Ewangelii w Indiach, osobiście przetłumaczył Nowy Testament na kilka języków, założył uniwersytet.

Jak to się stało? Był człowiekiem nadziei. Siedząc nocami nad jakąś małą świeczką, marzył o tym, co Bóg położył mu na sercu. Widział hindusów, którzy nawracają się do Chrystusa. I ożywiany nadzieją, myślał nad tym, jak to zrealizować. Ucząc się greckich słówek nad naprawianą zelówką, widział oczyma wyobraźni tłumaczony na języki ludzi, których jeszcze nie spotkał, Nowy Testament.

Skąd o tym wiem? Z jego kazania. Kiedy przedstawiał swój projekt misji kościołowi, kazanie oparł na Izajasza 54:2: „POSZERZ zasięg twojego namiotu i zasłony twoich mieszkań, nie krępuj się, WYDŁUŻ twoje sznury i wbij mocno twoje paliki!”. Temat kazania również przeszedł do historii: „OCZEKUJ wielkich rzeczy od Boga i DOKONUJ wielkich rzeczy dla Boga”.

Tak też działało to w jego życiu. I inaczej się NIE DA. Człowiek bez nadziei nie ma motywacji, by zrobić cokolwiek. Człowiek, który nie oczekuje od Boga, że go użyje do czegoś ważnego i wielkiego, nie otwiera się na Boże prowadzenie. I na odwrót. Człowiek, który oczekuje Bożego działania, w nadziei właśnie, staje się ziemią żyzną, na której nasiona Bożych zadań mogą wzrosnąć. Taki człowiek zyskuje również przeświadczenie, że Bóg go do tych zadań chce użyć.

Nie boi się tego. Nie odrzuca. Przeciwnie, uważa to za logiczne i sensowne: skoro Bóg powierzył mi troskę w serce, to pewnie chce mnie do tego użyć.

A jakie są Twoje nadzieje? Jakie Twoje oczekiwania od Boga? Co Bóg tobie kładzie na serce? Jakie zadanie wskazuje Ci w swoim Królestwie? Na co liczysz, że ciebie użyje? Czy modlisz się o to, by Bóg Ciebie użył w swoim dziele? A może tylko prosisz Go, aby pobłogosławił twoje plany?

Te plany mogą być Twoim zniewoleniem. Kiedyś słyszałem mądrą przypowieść. Pewien człowiek zobaczył kiedyś wielkiego słonia, którego jego właściciel przywiązał do ziemi zwykłym, drewnianym palikiem.

Przecież ten słoń z łatwością może ten palik wyrwać – zauważył.

To prawda – odpowiedział właściciel. – Ale on o tym nie wie. Kiedy nasze słonie są małe, przywiązujemy je do takich palików. Słonie wtedy próbują swoich sił, ale są jeszcze za słabe, żeby je zerwać. Przyzwyczajają się do nich i więcej już nie próbują ich zerwać.

Ów palik niszczy ich nadzieję i niewoli. Nie pozwól, by twoje własne przyzwyczajenia i plany były takim palikiem! Ni pozwól, by apatia i bierność bądź obawa przed zranieniem trzymała ciebie na uwięzi. Pamiętaj, że Bóg jest Bogiem nadziei. Czy znasz Go jako Boga nadziei?

Co więc robić?
Po pierwsze, Módl się, aby Bóg pokazał Ci, w czym chce ciebie użyć. Nie módl się: Boże pobłogosław moje plany! Raczej: Boże, daj mi zrozumieć Twoje plany dla mnie!

O czym marzysz? Do czego kieruje Cię Twoja wyobraźnia? Kim jesteś, gdy myślisz o przyszłości? Czy mężem Bożym? Czy Boża kobietą? Czy wręcz przeciwnie: wolałbyś, aby Boga w Twojej przyszłości nie było? Marz z Bogiem! Nadzieja to widzenie dalej, niż tylko tego, co jest przed oczyma. To widzenie tego, co może się stać, jeśli Bóg nam pobłogosławi nasze działania. Niech On uwalnia Twoją wyobraźnię! Módl się: Boże, pokaż mi, do czego chcesz mnie użyć.

Niech to ciebie rozpala. Oczekuj na Boże działanie w swoim życiu! Proś Boga: Panie, zainspiruj mnie, zachęć do tego, co dobre, pokazując to oczom mojej wyobraźni, aby moje serce tego pragnęło, szukało. Abym był/a zniecierpliwiony, nie osiągając tego; aby pchało mnie serce do wszelkich sposobów, by to osiągnąć.

Po drugie, planuj z Bogiem. Zwróćmy uwagę na fragment Rzymian 15:22-32. Apostoł Paweł dzieli się w tych wersetach swoimi planami. To bardzo odważne i dalekosiężne plany.

Nie tylko planuje odwiedzić daleki Rzym, ale wybrać się dalej do Hiszpanii!
Co ciekawe, prawdopodobnie nie wszystkie te plany mu wyszły. Ale Bóg go za to nie karze.

Gdy planujemy z Bogiem, licząc na Niego, nie grzeszymy, o ile pamiętamy, że realizacja naszych planów zależy od Boga (jak Paweł: w w.32 dodaje: „iżbym za wolą Bożą z radością przyszedł do was”). Takie plany to wyraz wiary i nadziei, że Bóg będzie z nami. I są dobre.

Po trzecie, nie pozwalaj ostrożności zwyciężać nad nadzieją. Oczywiście, dobrze jest zwrócić uwagę na możliwe problemy. Rozwaga jest dobrą cechą. Ale już nie uleganie lękom. One nie powinny nas zahamować: „Kto zważa na wiatr, nigdy nie będzie siał; a kto patrzy na chmury, nigdy nie będzie żął” (Kazn 11:4). ZAWSZE istnieje jakieś ryzyko, że nam nie wyjdzie dobro. Nie da się go pozbyć. Na tym polega życie. Nie wolno nam z jego powodu rezygnować z czynienia dobra!

Ostrożność może być rzekomym uświęceniem niewiary. Uważajmy. Bóg jest Bogiem nadziei, nie obaw.

Po czwarte, pomagaj nadziei małymi krokami wiary. Dwa tygodnie temu byłem na „Festiwalu Nadziei.” Siedząc na scenie zasłuchałem się w pieśni. W pewnym momencie usłyszałem cichą modlitwę brata obok o błogosławieństwo dla głoszonej ewangelii. Całą resztę kazania modliłem się z nim. Gdy na wezwanie do oddania życia Chrystusowi wyszły tysiące, czułem się częścią tego wspaniałego wydarzenia, bo miałem przez te modlitwę w nim swój udział. Bóg wzbudził we mnie radość i pokój, bo w nadziei zasiałem to, co mogłem – modlitwę o Boże błogosławieństwo.

Siej w nadziei! Bóg od nas tego oczekuje. W 1Kor 9:10 czytamy: „oracz winien orać – jak? – W NADZIEI, a młocarz powinien młócić – jak? – również W NADZIEI, że będzie uczestniczył w plonach”. To NIE oznacza, że one ZAWSZE się pojawią. Czasem przyjdzie burza. Czasem złodziej.

Ale MAMY PROAWO mieć nadzieję, czyli pełne ekscytacji oczekiwanie na Boże działanie, gdy siejemy, orzemy i młócimy dla Niego. On NA PEWNO – w swoim czasie i swój sposób, w swojej mierze, raz może poniżej, a drugi raz znacznie powyżej naszych oczekiwań – odpowie. Bóg tak stworzył ten świat.
Dopóki siejemy, jest nadzieja. Kto nie sieje, ją traci.

Siejmy więc w nadziei. Siejmy, aby nasze serca wypełniały radość i pokój, które przychodzą razem z nadzieją. Nasz Bóg jest Bogiem nadziei i takim Go poznawajmy w swoim życiu, Amen.

 

Artykuł ukazał się w Słowie Prawdy 7/2014

Reklamy

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s